Jeden stopień, który zostaje w portfelu
Obniżenie temperatury w mieszkaniu o jeden stopień to mniej więcej 5-6 procent mniej zużytej energii na ogrzewanie. Nie trzeba marznąć — wystarczy przestać grzać puste pokoje do dwudziestu trzech stopni i zacząć dopasowywać ciepło do tego, jak naprawdę korzystamy z domu.
Temperatury, które się sprawdzają
W praktyce dobrze działa prosty podział:
- Salon i pokój dzienny: 20-21 stopni, gdy jesteśmy w domu.
- Sypialnia: 17-18 stopni — w chłodniejszym pokoju śpi się lepiej, a kołdra i tak grzeje.
- Łazienka: 22 stopnie, ale tylko na czas kąpieli, nie przez całą dobę.
- Kuchnia: 18 stopni wystarczy, bo gotowanie i piekarnik dogrzewają ją same.
Głowice termostatyczne to nie dekoracja
Większość grzejników w polskich mieszkaniach ma głowice z cyframi od jeden do pięć. Cyfra trzy to zwykle około dwudziestu stopni, a nie maksimum. Ustawienie na piątkę nie nagrzewa pokoju szybciej — grzejnik i tak pracuje pełną parą, dopóki nie osiągnie zadanej temperatury. Różnica polega tylko na tym, do jakiego poziomu dojdzie.
Noc i wyjście z domu
Programowalny termostat albo głowice elektroniczne pozwalają obniżyć temperaturę o trzy-cztery stopnie na noc i w godzinach, gdy nikogo nie ma. Ważne: nie wychładzamy mieszkania do zera, bo ponowne nagrzanie wyziębionych ścian kosztuje więcej, niż udało się zaoszczędzić. Spadek o kilka stopni i powrót na pół godziny przed powrotem do domu to złoty środek.
Drobiazgi, które robią różnicę
Grzejnik zastawiony kanapą albo zasłonięty długą zasłoną oddaje ciepło do mebla, nie do pokoju. Odsłonięty kaloryfer i odpowietrzenie go na początku sezonu (charakterystyczne bulgotanie to powietrze w instalacji) potrafią przywrócić pełną moc grzania bez żadnych kosztów. Termostatu nie trzeba pilnować co godzinę — wystarczy ustawić go raz rozsądnie i o nim zapomnieć.