marnowanie żywności

Cukinia znowu wygrała: co zrobić z nadmiarem warzyw z działki, zanim trafią do kosza

Koniec sierpnia na działce oznacza więcej warzyw, niż da się zjeść. Oto, co zrobić z nadmiarem cukinii, pomidorów i ogórków, zanim trafią do kosza.

Cukinia znowu wygrała: co zrobić z nadmiarem warzyw z działki, zanim trafią do kosza

Trzecia cukinia w tym tygodniu wylądowała na blacie w twojej kuchni, a sąsiadka zza płotu przywitała cię tym samym żartem co zawsze: „weź, bo u mnie już nie ma miejsca w lodówce". Koniec sierpnia na polskiej działce to nie problem z brakiem jedzenia, tylko z jego nadmiarem — pomidory czerwienieją szybciej, niż zdążysz je zjeść, ogórki rosną w nocy o dwa centymetry, a w spiżarni brakuje już miejsca na kolejny słoik przecieru. Można się z tego śmiać, dopóki część zbiorów nie zacznie gnić w skrzynce na tarasie, bo zwyczajnie zabrakło czasu i pomysłu, co z tym wszystkim zrobić. Dwa tygodnie wakacji, jeden wyjazd nad morze i wracasz do ogrodu, w którym cukinie zdążyły urosnąć do rozmiarów maczugi, a fasolka szparagowa przerosła w twarde, włókniste struki — to najbardziej frustrujący moment sezonu, bo praca włożona w wiosenne sadzenie właśnie się marnuje na oczach.

Większość poradników kończy się na słoikach — a przecież nie każdy ma cierpliwość do wielogodzinnego gotowania przetworów w sierpniowym upale, i nie każda spiżarka pomieści kolejne dwadzieścia weków. Jest kilka sposobów na ratowanie nadwyżek, które zajmują piętnaście minut zamiast całego popołudnia, nie wymagają sterylizowania niczego i naprawdę działają — od mrożenia po oddanie warzyw komuś, kto akurat ich potrzebuje. Część z nich znasz pewnie od babci, część to nowsze pomysły, których w tradycyjnej książce kucharskiej z lat siedemdziesiątych nie znajdziesz, bo wtedy nie było jeszcze aplikacji sąsiedzkich ani jadłodzielni na osiedlu.

Kosz pełen pomidorów, ogórków i cukinii z jesiennego zbioru warzyw z działki
Koniec lata na działce: więcej warzyw, niż da się zjeść na bieżąco.

Mrożenie zamiast kolejnych słoików

Cukinia i dynia znoszą mrożenie zaskakująco dobrze, pod warunkiem że najpierw je zblanszujesz — pokrój w kostkę lub plastry, wrzuć na dwie, trzy minuty do wrzątku, od razu przełóż do miski z zimną wodą, osusz i dopiero wtedy pakuj do woreczków strunowych. Bez blanszowania cukinia po rozmrożeniu robi się szara i mdła, bo enzymy w warzywie dalej pracują nawet w zamrażarce, a smak zaczyna przypominać mokrą gąbkę. Woreczki strunowe do mrożenia — Ikea ma zestaw dwudziestu pięciu sztuk za około 15 złotych, podobne oferują sezonowo Biedronka i Lidl — trzymaj płasko, żeby zamrożone porcje układały się jedna na drugiej. Oszczędzasz w ten sposób realnie sporo miejsca w zamrażarce, co przy urodzajnym roku bywa większym problemem niż same warzywa, zwłaszcza jeśli w tej samej zamrażarce trzymasz jeszcze mięso na zimę i owoce z sadu. Cukinia po rozmrożeniu nigdy nie odzyska chrupkości, więc do sałatki się nie nada — ale do zupy krem, placków czy zapiekanki sprawdza się tak samo dobrze jak świeża, a czasem nawet lepiej, bo mrożenie rozbija strukturę i skraca czas gotowania. Podobnie postępuj z papryką: pokrojoną w paski mrozisz bez blanszowania, prosto po umyciu i osuszeniu, i zimą masz gotowy dodatek do fajitas czy leczo bez rozmrażania całej torby naraz, jeśli tylko dzielisz porcje na mniejsze woreczki przed zamknięciem.

Pomidory mrozisz jeszcze prościej: całe, umyte, bez obierania, prosto do woreczka. Po rozmrożeniu skórka sama schodzi pod bieżącą wodą w kilka sekund, a mięsisty środek nadaje się od razu do sosu, gulaszu czy zupy pomidorowej, którą ugotujesz w środku zimy z warzyw, które same wyrosły na twojej działce, zamiast kupować pomidory za dwanaście, trzynaście złotych za kilogram, jak zdarza się w styczniu w wielu polskich marketach. Warto rozdzielić od razu pomidory na porcje odpowiadające jednemu przepisowi — pół kilograma do sosu na spaghetti dla czterech osób sprawdza się jako standardowa miara — bo rozmrożonych pomidorów nie da się ponownie zamrozić bez utraty smaku i tekstury.

Czego nie warto mrozić

Ogórki, sałata i rzodkiewka to trzy warzywa, na których mrożenie się nie sprawdza — wysoka zawartość wody sprawia, że po rozmrożeniu robią się papkowate i wodniste. Jedyne, do czego się jeszcze nadają, to gęste smoothie albo chłodnik, w którym i tak wszystko miksujesz na krem. Nie warto marnować na to miejsca w zamrażarce, bo efekt rzadko wart jest wysiłku.

Kiszenie i szybkie fermenty — alternatywa dla wielogodzinnego gotowania

Ogórki kiszone tradycyjną metodą zajmują naprawdę niewiele czasu przy samym przygotowaniu. Solanka to zwykle czterdzieści gramów soli kamiennej — bez jodu, bo jod hamuje fermentację — na litr przegotowanej i ostudzonej wody, do tego koper, czosnek, liść chrzanu i liść wiśni albo dębu dla chrupkości. Wkładasz ogórki do czystego słoika, zalewasz solanką, przykrywasz i zostawiasz w temperaturze pokojowej na pięć do siedmiu dni, aż solanka zmętnieje i pojawi się charakterystyczny kwaśny zapach. Dopiero wtedy przenosisz słoik do chłodnego miejsca, bo w cieple fermentacja poszłaby za daleko i ogórki zmiękłyby zamiast zostać jędrne. Lepszy wybór niż ocet: kiszenie nie wymaga gotowania solanki, sterylizowania słoików ani pilnowania garnka przez godzinę w upalne popołudnie, a przy okazji zachowuje więcej witaminy C i bakterii kwasu mlekowego niż przetwory octowe. Ten sam schemat solanki działa też na papryki, kalafior podzielony na różyczki czy fasolkę szparagową — jedyna różnica to czas fermentacji, który przy twardszych warzywach wydłuża się do dziesięciu, dwunastu dni.

Nadmiar kapusty pekińskiej albo rzodkiewki, których z rozsady zawsze wychodzi więcej, niż planowałeś, świetnie nadaje się na domowe kimchi w wersji uproszczonej — bez tygodniowego solenia, gotowe do jedzenia już po trzech dniach w lodówce. Słoiki z zamknięciem patentowym typu Kilner albo Bormioli Rocco, które Leroy Merlin i Castorama mają zwykle w cenie 18–28 złotych za litr, trzymają zapach fermentacji szczelnie, co w małym mieszkaniu bywa niebagatelną zaletą. Zwykły wek z gumką i klamrami sprawdzi się równie dobrze, jeśli już taki masz po babci — nie musisz kupować nic nowego, żeby zacząć kisić.

Suszenie — najtańsza metoda konserwacji, jaką masz pod ręką

Pomidory suszone we własnym piekarniku wychodzą taniej i smaczniej niż te ze słoika w delikatesach, gdzie za sto gramów zapłacisz kilkanaście złotych. Przekrój pomidory na połówki, ułóż skórką do dołu na blasze wyłożonej papierem, lekko posól i susz w temperaturze 80–90 stopni przez cztery do sześciu godzin z uchylonymi drzwiczkami piekarnika — para musi mieć jak uciec, inaczej pomidory się dogotują zamiast wysuszyć. Gotowe susz zalewasz oliwą z odrobiną tymianku i czosnku, trzymasz w lodówce i masz bazę do makaronów na najbliższe dwa, trzy miesiące. Zioła — bazylia, oregano, tymianek — suszą się jeszcze prościej: związane w pęczki i powieszone głową w dół w przewiewnym, zacienionym miejscu tracą wilgoć w tydzień, dwa, bez żadnego sprzętu. Elektryczna suszarka do żywności, na przykład popularne modele Ravanson czy Zelmer za 150–250 złotych, przyspiesza cały proces do kilku godzin i sprawdza się, jeśli suszenie robisz co roku — ale dla jednorazowego nadmiaru z jednego weekendu piekarnik i sznurek w spiżarni w zupełności wystarczą.

Jak nie powtórzyć tego samego za rok

Jedna sadzonka cukinii potrafi wydać w ciągu sezonu nawet trzydzieści, czterdzieści owoców, jeśli warunki są dobre — a mimo to co roku wielu ogrodników sadzi po trzy, cztery krzaki, bo w kwietniu trudno sobie wyobrazić, że jedna roślina to naprawdę dużo. Warto ograniczyć się do jednej, maksymalnie dwóch sadzonek na przeciętną czteroosobową rodzinę i zamiast tego obsadzić zwolnione miejsce czymś, co dojrzewa sukcesywnie, a nie wszystko naraz. Siew sukcesyjny sałaty, rzodkiewki czy szpinaku — małe partie co dwa, trzy tygodnie zamiast jednego dużego siewu w maju — rozkłada zbiory na cały sezon i eliminuje moment, w którym masz naraz dwadzieścia główek sałaty gotowych do zjedzenia jednego dnia. Wymiana sadzonek i nasion z sąsiadami z działki, zamiast kupowania kolejnej torebki nasion w markecie ogrodniczym, też pomaga — jeśli ktoś obok ma nadmiar sadzonek pomidorów, a ty nadmiar dyni, zamiana kosztuje zero złotych i daje większą różnorodność na talerzu niż powielanie tych samych trzydziestu krzaków cukinii co roku.

Kiedy warzyw jest za dużo nawet na mrożenie i kiszenie

Czasem najlepszym przepisem jest brak przepisu — po prostu oddać warzywa komuś, zanim zgniją.

W wielu polskich miastach działają jadłodzielnie — małe szafki lub lodówki ustawione na ulicy, gdzie możesz zostawić nadwyżki warzyw, a ktoś inny zabierze je tego samego dnia. Warszawa, Kraków, Wrocław i Poznań mają po kilkanaście takich punktów, zwykle prowadzonych przez lokalne fundacje i wpisanych na mapy dostępne w grupach sąsiedzkich na Facebooku. Rodzinne Ogrody Działkowe też coraz częściej organizują zbiórki nadwyżek na rzecz Banków Żywności — warto zapytać zarząd swojego ogrodu, czy taka akcja już działa, zanim sam zawieziesz worki pomidorów do najbliższego oddziału. To nie zawsze jest wygodne — jadłodzielnia bywa pusta i zamknięta akurat wtedy, gdy masz pełen kosz do oddania, a nie każdy Bank Żywności przyjmuje świeże warzywa bez wcześniejszego zgłoszenia, bo brakuje im chłodni na duże ilości. Telefon albo wiadomość na grupie sąsiedzkiej dzień wcześniej oszczędza rozczarowania i sprawia, że nikt nie przyjeżdża po nic.

Resztki, których nie musisz wyrzucać

Natka od rzodkiewki i liście młodej marchwi, które większość ogrodników wrzuca prosto na kompost, nadają się na pesto. Zblendowane z olejem, orzechami — albo pestkami dyni, jeśli akurat nie masz orzechów — i odrobiną parmezanu smakują niemal identycznie jak klasyczne bazyliowe, tylko kosztują zero złotych, bo i tak byś je wyrzucił. Obierki z marchwi, selera, pietruszki i łodygi brokuła zbierasz przez tydzień do jednego woreczka w zamrażarce, a kiedy się uzbiera pełna torba, gotujesz z tego bulion warzywny — godzina gotowania na wolnym ogniu i masz bazę do zup na kolejny miesiąc, zamiast kupować kostki rosołowe pełne glutaminianu sodu. Nawet twarde końcówki cukinii i pomidorowe ogonki, które zwykle lądują od razu w koszu, świetnie nadają się do bulionu, o ile nie są nadgniłe — smak warzywny robi się przez to głębszy, niż gdybyś gotował bulion z samej marchewki i selera.

Nie musisz robić wszystkiego naraz. Wystarczy, że następnym razem, kiedy sąsiadka znowu zapuka z workiem cukinii, zamiast grzecznie odmówić, zapytasz, czy nie ma czasem ochoty zamienić się na kiszone ogórki — bo akurat tobie zostało ich stanowczo za dużo.